W ten sposób chcemy odświeżać zakurzone karty historii. Przypominać o datach, o których warto po prostu pamiętać.
Dziękujemy radnemu Rady Miasta Pionki, Tomaszowi Mirce, za nadesłany artykuł. Jeżeli są wśród was pasjonaci historii, szczególnie tej lokalnej, zachęcamy do współpracy i dzielenia się z nami historycznymi ciekawostkami.
12 maja to dzień dwóch bardzo ważnych rocznic. Niestety obie są tyleż ważne, co zapomniane przez większość społeczeństwa. To właśnie w tym dniu, w 1935 roku odszedł na wieczną służbę pierwszy żołnierz Rzeczypospolitej - Marszałek Józef Piłsudski. Również 12 maja, tyle że 1926 roku, w Warszawie miały miejsce wydarzenia, które odcisnęły trwałe piętno na historii naszej Ojczyzny. Wtedy to właśnie rozpoczął się tak zwany "Zamach Majowy", w wyniku którego władzę w II RP przejął wspomniany wyżej Piłsudski oraz związany z nim obóz sanacyjny.
Reklama
Pomiędzy lipcem 1923 a majem roku 1926 Piłsudski, po uprzednim zrzeczeniu się wszystkich funkcji publicznych, przebywał w Sulejówku. Mimo formalnego wycofania się z życia politycznego, był w nim obecny jako autor wielu prelekcji organizowanych w całym kraju, a także jako niezwykle ostry komentator polityczny.
Momentem przełomowym w kontekście "Zamachu Majowego" wydaje się data 10 maja 1926 roku, kiedy to premierem rządu został mianowany, nieskrywający swej niechęci do Marszałka, Wincenty Witos. Następnego dnia Piłsudski udzielił "Kurierowi Porannemu" bardzo ostrego wywiadu, w którym skrytykował Witosa i jego gabinet. Reakcją rządu było rozpoczęcie przygotowań do konfrontacji. Tymczasem wierne Piłsudskiemu oddziały gromadziły się w ośrodku szkoleniowym w Rembertowie. Marszałek udał się tam 12 maja, około 7 rano. Wyjeżdżając z Sulejówka nie miał pojęcia jak potoczą się wypadki i dokąd go one zaprowadzą. Z całą mocą trzeba podkreślić, iż rankiem tego feralnego dnia nie miał on zamiaru zbrojnego przejmowania władzy w państwie. Świadczyć może o tym słabość sił, jakimi dysponował (około 2 tysiące żołnierzy) oraz fakt, iż żegnając się z żoną obiecał jej wrócić do domu na obiad, na godzinę 14.30. Liczył on raczej na to, że jego wkroczenie do Warszawy na czele wojska, spowoduje zdymisjonowanie rządu przez prezydenta.
Rząd znalazł się w trudnym położeniu. Postanowiono zawiesić w stolicy prawa obywatelskie i postawić w stan gotowości garnizon warszawski. Gabinet Witosa uzyskał jednak tego dnia równie mocne, co nieoczekiwane poparcie. Udzielił go dawny partyjny towarzysz Marszałka - jeden z nielicznych będący z nim "na ty" - prezydent Wojciechowski. Do spotkania obu polityków doszło około godziny 16.30 na Moście Poniatowskiego w Warszawie i był to jeden z przełomowych momentów tych wydarzeń. Wojciechowski zażądał, żeby Piłsudski podejmował swoje kroki tylko na drodze legalnej. Marszałek wiedział jednak, iż sprawy zaszły już za daleko i dlatego, jak wspominał Wojciechowski, jego odpowiedź brzmiała: „Dla mnie droga legalna jest zamknięta”.
Po rozmowie z prezydentem Piłsudski podjął próbę przekonania żołnierzy broniących mostu do tego, by przepuścili jego i wierne mu oddziały. Ku swojemu zaskoczeniu spotkał się jednak z odmową. Było to o tyle ważne, że wspomniany most był jedyną drogą (obok również silnie strzeżonego Mostu Kierbiedzia), którą do serca stolicy mogli dostać się Piłsudski i jego podkomendni. Marszałek wycofał się na Pragę, do kwatery 36 pułku piechoty, gdzie wedle relacji świadków dał liczne dowody swego potężnego przygnębienia. Uważał, że droga do centrum Warszawy jest zamknięta i że można ją utorować tylko za cenę znacznej liczby ofiar, a tego za wszelką cenę chciał uniknąć.
Sytuacja jednak okazała się niezwykle dynamiczna. Oto bowiem oddziałowi wysłanemu na Most Kierbiedzia udało się przekonać obsadzających go żołnierzy do przejścia na stronę "Komendanta" i droga do Warszawy stanęła otworem. Przekraczając most, oddziały Piłsudskiego natknęły się na 30 pułk piechoty, który otworzył ogień. W tym czasie Piłsudski rozmawiał na Pradze z majorem Karolem Ziemskim. Słysząc kanonadę miał powiedzieć cichym głosem: „A jednak rozpoczęło się. Myślałem, że do tego nie dojdzie”.
Piłsudski wjechał do Warszawy około godziny 21.00. Do północy jego oddziały zajęły szereg kluczowych budynków w mieście. Prezydent z rządem i wiernymi im siłami wycofali się do Belwederu. 13 maja przed południem wydawało się, iż ostateczne zwycięstwo Piłsudskiego jest już tylko kwestią, niedługiego zresztą, czasu. Szeregi „Piłsudczyków” rosły w siłę, zasilane przez kolejne wypowiadające posłuszeństwo rządowi oddziały. Tymczasem Piłsudski w dalszym ciągu nie mógł się otrząsnąć z szoku, jakim było dla niego rozpoczęcie bratobójczych zmagań. Wysłał do Wojciechowskiego emisariuszy z propozycją kompromisu, a także zakazał używania artylerii, by jak najbardziej ograniczyć liczbę ofiar. Dopiero po kilku godzinach dotarło do niego, że podobnie jak przed wiekami Juliusz Cezar, on także przekroczył Rubikon.
W kolejnych godzinach „Piłsudczykom” nie tylko udało się zatrzymać ofensywę wojsk rządowych, ale także zdołali oni przekonać do przejścia na ich stronę załogę Cytadeli, co było niebagatelnym sukcesem. Kluczową kwestią stało się to, czy rządowi uda się ściągnąć posiłki z Wielkopolski. I tu okazało się, że Piłsudski może liczyć na nowych sojuszników. Wieczorem strajk ogłosili bowiem warszawscy kolejarze. 14 maja Marszałek zdecydował się na frontalny atak. Wśród wiernych rządowi wojskowych, zaczął szerzyć się defetyzm, a prezydent Wojciechowski zarządził odwrót do Wilanowa, do którego wraz z nim i rządem dotarło zaledwie około 100 żołnierzy.
O godzinie 17.30 rozpoczęło się posiedzenie Rady Ministrów, podczas którego zdecydowano, że prowadzenie dalszej walki jest pozbawione sensu. Rząd i prezydent podali się do dymisji. Piłsudski odniósł zatem kolejne w swoim życiu zwycięstwo. Miało ono jednak wyjątkowo gorzki smak, o czym mogą świadczyć słowa jego żony - Aleksandry, która po latach wspominała, że w takim stanie, jak po Zamachu Majowym, widziała męża już tylko raz...tuż przed jego śmiercią.








geopard.pl


Ukryj komentarze Dodaj komentarz